Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Belgia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 września 2011

Cuvée des Trolls

kraj: Belgia
browar: Dubuisson Brewer
ekstrakt: nie podano; alkohol: 7%;
butelka 0,25 l
typ: jasne; rodzaj: ale; pasteryzowane,
źródło: Kraina Piwa, Toruń,
cena: 7 PLN

Cuvée des Trolls było jednym z piw na które skusiłem się w toruńskiej Krainie Piwa - ostatnim, które pokusiłem się sfotografować i opisać podczas tego krótkiego sierpniowego wypadu. Powiem szczerze, nie powaliło mnie.

Piana bardzo kiepska. Przypominała taką jaką mamy w orażadach. Była szarawa, opadała błyskawicznie, zredukowała się do zera. Piwo było koloru miodowo-żółtego. Nie do końca mętne z widocznym osadem. Trolls było lekko oleiste. Zapach słodowy, lekko kwiatowy z mocnym akcentem cytrusowym, który bierze się ze skórki pomarańczy dodawanej podczas warzenia piwa. W smaku również wyczuć można kwasowość, ale oprócz tego jest w tym piwie coś mdłego, co mnie osobiście męczyło. Wyraźnie czuć alkohol, co się wg mnie w ogóle nie komponuje. Trolle ratuje średnio intensywna, ale na szczęście obecna goryczka i bardzo wysokie wysycenie. 

Urzekła mnie natomiast etykieta. Nie wiem czy to dobrze widać (chociaż zdjęcie bez porównania lepsze od tych, do których Was pewnie przyzwyczaiłem), ale w tej wyrwie, z wyskakującym trollem w kapeluszu z chmielowej szyszki stoi cała horda tych cwaniaków. Ten trollowy design kojarzy mi się z filmami fantasy z lat 80tych ("Labirytn" i "Dark Cristal") - bardzo duży plus, bo uwielbiam taki styl. Świetnie wpasowuje się w to również liternictwo. Kontra zawiera całkiem sporo informacji, jednak próżno szukać informacji o ekstrakcie. Na stronie internetowej również nie udało mi się jej znaleźć.

Podsumowując... piwo przeciętne w smaku. Ze względu na wysokie wymagania raczej rozczarowujące. Trochę męczące, ale muszę przyznać że te cytrusowe nuty wypadły ciekawie.

poniedziałek, 16 maja 2011

Pink Killer

kraj: Belgia
browar: Brasserie de Silly
ekstrakt: 11%; alkohol: 5%; z beczki 0,25 l
typ: jasne; rodzaj: specjalne / aromatyzowane, pszeniczne; niepasteryzowane,
źródło: Piwoteka Narodowa na 6 Sierpnia w Łódzi,
cena: 7 PLN

Wczoraj udaliśmy się do nowo otwartej Piwoteki Narodowej (o samym lokalu później). Liczyłem, że dostępne będzie menu z soboty (głownie chodziło mi o Atak Chmielu z Pinty), ale w niedzielę akurat tego zabrakło. W pierwszej kolejności wybraliśmy lanego, belgijskiego Pink Killera, który jest piwem owocowym robionym na bazie pszenicy. Fajnie wyszło, bo to 101 piwo opisane na Experiment Beer i nawiązuje trochę do pewnego klasycznego filmu Disneya.

Pink Killer jest pomarańczowe i mętne. To drugie dość ciężko stwierdzić, bo dedykowane szkło jest mrożone. Piana bielutka, bardzo gęsta, składa się z bardzo drobnych pęcherzyków. Po nalaniu na dwa centymetry. Redukuje się do cienkiego kożuszka, później do obwódki, osadza się też na szkle. Zapach przede wszystkim kwiatowy. Dodatkiem jest lekki aromat cytrusów. Raczej słodki. W smaku piwo jest lekko słodkie z dodatkiem kwasowej nuty. Wyczuwałem mandarynki i czerwonego grejpfruta. Piwo orzeźwiające i lekkie, ale trochę zbyt "perfumowane". Ja to odebrałem trochę jak kwiatowy smaczek, moja Kamila doszukiwała się tutaj czegoś chemicznego. Mnie to jednak nie przeszkadzało. Piwo idealnie ugasiło pragnienie, z każdym łykiem uwalniało swój aromat. Wysycenie dobre, przyjemnie szczypało w język. Jako, że nie mogę ocenić opakowania skupię się na szkle. Szklanka do Pink Killera nie przypadła mi do gustu. Mrożone szkło utrudnia dobre przyjrzenie się piwu. Sam kształt jest okej, mam nawet podobne szkło do maiselowego dampfbiera, ale szkło jest w tym wypadku jak dla mnie ciut za grube - preferuje jednak cieńsze. Logo za to bardzo sympatyczne - takie różowe połączenie Scooby Doo i Cujo.

Polecam obejrzeć materiał wideo, na którym możecie obejrzeć jak barman (jednocześnie właściciel) nalewał nam piwo. Widać jak prezentowało się w szklance. Mam nadzieję, że to nie ostatni filmik jaki będziecie mieli okazję tutaj obejrzeć (i jednocześnie zrekompensuje wam zdjęcie z uciętymi szklankami). Kilka słów podsumowania. Pink Killer to fajne i oryginalne (przynajmniej dla mnie) piwo smakowe. Dziwią mnie, więc bardzo słabe oceny w serwisach. Rzeczywiście mało tu typowego smaku piwa, ale można się tu doszukiwać śladów znanych z pszenicy czy witbiera. Moim zdaniem jest w porządku.


A teraz o Piwotece Narodowej, która działa dopiero od 10 dni.

Lokal znajduje się w Łodzi przy ulicy 6 Sierpnia. Kilkanaście metrów za sklepem Piwoteka patrząc od ulicy Piotrkowskiej. Składa się z dwóch sal i oddzielonej szklanymi drzwiami palarni (łącznie to jest ok. 120 m2). Wystrój i kolorystyka bardzo przypadły mi do gustu. Takie połączenie nowoczesności i tradycji. Sporo piwnych szyldów na ścianach. Sala w której siedzieliśmy była czarno - czerwona, ale kolory nie przytłaczały. Okna na ulicę zapewniały bardzo dużo światła. Druga sala jest w kolorze zielonym i złotym, w takich samych są obicia krzeseł. A teraz najważniejsze. Z kranu lanych było 8 piw: dwa belgijskie: Pink Killer i Delirium Tremens, czeski Primator Dark, Warnijskie (albo Warmiak), Lubuskie, Celtyckie, Pyszne i Wiśnia w piwie. Fajny wybór, chociaż mnie zabrakło jakiegoś pale ale albo bittera. Jako drugie wypiłem Lubuskie, moja Kamila zdecydowała się na Chimaya Tripple z butelki - tych jest około 50 do wyboru, sporo czeskich i belgijskich (żałuję że nie cyknąłem zdjęcia menu). Do tego oczywiście kawa, herbata i jakieś przekąski. Właściciel, który nas obsługiwał to bardzo sympatyczny człowiek. Porozmawialiśmy chwilę, zdradził, że niedługo może się pojawić w ofercie lany Porter Łódzki. W tygodniu mają dowieźć piwa z Pinty. Jak dla mnie Piwoteka Narodowa to świetne miejsce, jak na razie to najlepszy tego typu lokal w jakim byłem. Idealny aby napić się dobrego piwa w przyjemnej atmosferze, przy lekkiej muzyczce. Trzymam za niego kciuki i życzę sukcesów. Mam nadzieję, że dam radę zaglądać tam tak często, jak będę w Łodzi. Zachęcam do tego wszystkich znajomych z regionu. Warto.

sobota, 14 maja 2011

Chimay Blue

      SETNE PIWO NA EXPERIMENT BEER!
 
kraj: Belgia
browar: Abbaye Notre Dame de Scourmont
ekstrakt: 19,6%; alkohol: 9%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; niepasteryzowane
źródło: prezent

Dzisiaj blog obchodzi mały jubileusz. Opisałem do tej pory 99 piw, na to setne wybrałem coś specjalnego. Od pewnego czasu zbierałem się do niego (co zresztą zapowiadałem) i gdy doszło do mnie, że zbliżam się do setki, postanowiłem, że będzie odpowiedni moment na skosztowanie Chimay Blue - "jedną z ikon światowego piwowarstwa". Blue to mocny dubbel, który dojrzewa i refermentuje w butelkach. Początkowo był warzony jako piwo świąteczne, stąd też jego moc. Jednakże jego olbrzymi sukces spowodował, że został piwem całorocznym. Można go przechowywać nawet kilka lat. Z wiekiem staje się podobno coraz smaczniejszy. Ten który piłem jest z rocznika 2009, a na kontrze ma datę przydatności 2014. Chowałem go prawie półtora roku. To bardzo smaczne piwo, nie mogę sobie nawet wyobrazić jakie byłoby za te 3 lata.

Piwo po przelaniu do kielicha ma kolor brązowy i jest zupełne mętne. Piana niestety słabiutka. Średniopęcherzykowa, beżowa, opada bardzo szybko. Zostaje po niej cieniutka obwódka z wyspą koloru kremowego po środku. Szczerze mnie to zasmuciło, bo spodziewałem się gęstej piany jak w przypadku tripla. Cóż, nie można mieć wszystkiego. W zapachu przede wszystkim drożdże. Wyczuwalna jest też lekka kwiatowa słodycz (która z biegiem czasu się umacnia) i delikatne cytrusow orzeźwienie. Piwo jest gęste i treściwe. Wytrawne i lekko cierpkie w smaku z wyczuwalnym alkoholem i delikatną goryczką w posmaku. To nie wszystko! W Chimay Blue wyczułem również świeże orzechy włoskie - takie z których możemy jeszcze obrać gorzką skórkę. Niesamowite połączenie! Alkohol gra tu bardzo ważną rolę. Urzeka swoją wytrawnością i wyrazistością, porządnie uderza do głowy. Po tych 330ml zrobiło mi się naprawdę ciepło i miło. Wysycenie z początku porządne, ale z czasem coraz bardziej słabnie.

Opakowanie Blue nie różni się specjalnie od pozostałej dwójki, więc nie będę się rozpisywał (odsyłam do poprzednich wpisów). Jedyne różnice to: chabrowe tło etykiet i rocznik przy herbie Chimaya.

Chimay Blue robi bardzo duże wrażenie. Jest to piwo aromatyczne, mocne, a każdy jego łyk to autentyczna przyjemność. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby komuś nie smakować. Osobiście jednak bardziej przypadł mi do gustu Chimay Triple. Całą trójcę po prostu trzeba spróbować! Niesamowite piwa!

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

sobota, 30 kwietnia 2011

Chimay Red

kraj: Belgia
browar: Abbaye Notre Dame de Scourmont
ekstrakt: 15,5%; alkohol: 7%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; niepasteryzowane
źródło: prezent
To "wkrótce" trochę trwało. W końcu zabieram się za kolejne piwo z gwiazdkowo-prezentowego zestawu Chimay Trilogy. Na początku kwietnia opisałem już Chimay Triple, dzisiaj kolej na Chimay Red, a na niebieskiego musicie jeszcze trochę poczekać (mam nadzieję, że tylko do przyszłego tygodnia).

Red (lub jeżeli ktoś woli, Rouge) to piwo typu dubbel i w tej chwili jest to najstarsze piwo z portfolio Chimay. Jest to niepasteryzowane piwo górnej fermentacji, które dofermentuje w butelce.

W porównaniu z Triple to prezencję ma niestety słabą. Kolor kompotu z suszu, pod światło jest to barwa  brudnej pomarańczy. Piwo jest całkowicie mętne. Piana bardzo słaba, opadła tak szybko, że nie zdążyłem jej uwiecznić. Średnio ziarnista, lekko beżowa. Ostała się jako cieniutki kożuch; bura obwódka i wypukła wyspa po środku (z powodu wyrytego herbu na dnie kielicha). Różni się to bardzo od tego co można zobaczyć na reklamowych zdjęciach, ale wystarczy poczytać recenzje w sieci, żeby nie czuć się osamotnionym. Zapach Red ma bogaty. Lekko słodki, owocowy. Troszkę podobny jak w piwach pszenicznych. Da się wyczuć również drożdże. Wyborne połączenie. Smak również złożony. Lekko cierpki, z wyczuwalnymi aromatami owocowymi i małą goryczką. Ta lekko kwaskowata owocowość kojarzy mi się ze śliwkami lub brzoskwiniami. Kompozycję uzupełnia bardzo delikatnie smak alkoholu, co czyni całość bardziej pełną. Wysycenie jest wysokie, bąbelki szczypią w usta. Piwo jest treściwe, ale również i orzeźwiające. Nie jest ciężkie, pije się je z wielką przyjemnością.

Butelka utrzymana w takim samym stylu co Chimay Triple - elegancki minimalizm. Z tym, że kolor kremowy zastąpiono bordo, również na kapslu. Nie ma co ukrywać, ten bordowy wygląda gorzej, ale złego słowa nie mogę powiedzieć.

Red to bardzo smaczne piwo, ale dubbel nie oszałamia tak jak tripel. Może to zabrzmi durnie, bo posłużę się takim górnolotnym stwierdzeniem, ale pijąc, degustując... nie czułem uniesienia, a spodziewałem się czegoś takiego. Po prostu bardzo dobre piwo, ale gdybym miał kiedyś coś świętować i kupić butelkę 0,75l to wybrałbym jednak Chimay Triple. Polecam. Spróbujcie.
Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

czwartek, 7 kwietnia 2011

Chimay Triple


kraj: Belgia
browar: Abbaye Notre Dame de Scourmont
ekstrakt: 17,3%; alkohol: 8%; butelka 0,33 l
typ: jasne; rodzaj: ale; niepasteryzowane
źródło: prezent

Kolejny prezent, znowu gwiazdkowy - tyle że tym razem od mojej Kamili. Dostałem od niej cały zestaw Trilogy Chimaya, w skład którego wchodzą 3 piwa (+ firmowe szkło): Chimay Red, Chimay Blue i Chimay Triple. Dzisiaj będzie właśnie o tym trzecim.

Co warto zauważyć, to fakt, że tylko 7 piw na świecie jest warzonych w przyklasztornych browarach trapistów, są to belgijskie: Achel, Orval, Rochefort, Westmalle, Westvleteren i Chimay właśnie, oraz holenderskie La Trappe. Tylko one mogą poszczycić się logo "Authentic Trappist Product". Zakon w belgijskim Chimay (niedaleko francuskiej granicy) powstał w 1850 roku, a od 1862 roku warzy się tam piwo (Chimay Red). Kilkustronicowa książeczka dołączona do zestawu opisuje jak wygląda dzień zakonników, zawiera również kilka innych przydatnych informacji - można jednak sobie to wszystko przeczytać na stronie browaru. Chimay Triple to najmłodsze dziecko Chimaya. Warzą je od 1966 roku. Jest to piwo niepasteryzowane, które refermentuje w butelce. To także pierwszy tripel i pierwsze piwo trapistów jakie miałem okazję spróbować. Spodziewałem się dużo, otrzymałem więcej.

Piwo przelałem do kielicha wg zaleceń - centymetr piwa z osadem zostawiłem w butelce. Kolor jasnobursztynowy, zauważalne jest jeszcze lekkie zmętnienie. Piana bielutka, bardzo gęsta i tak drobnoziarnista, że z góry wygląda jak mleko. W postaci czapy utrzymuje się bardzo długo, do końca zostaje cieniutki kożuszek, w czasie picia osadzała się na ściankach. Szkło ma na dnie wygrawerowany herb Chimaya, który powoduje, że mamy kolumnę bąbelków tylko pośrodku. Pienista czapa przybiera przez to charakterystyczny wypukły kształt. Myślę że na zdjęciu po lewej nawet udało mi się to uchwycić. Zapach... po pierwszych niuchach kojarzy mi się z szampanem. Lekko kwaśny, trochę drażniący, winogronowy. W smak Chimay Tripel jest treściwy, raczej słodki, chyba ze względu, że czuć tu w każdym łyku lekką owocowość. Pijąc je ciągle mi gdzieś w głowie chodziły porównania do szampana. Z tym, że ja za nim nie przepadam, a ten tripel przypadł mi niezmiernie do gustu. Niemniej jednak to na co zwraca się przede wszystkim uwagę to mocna, wytrawna goryczka w posmaku. Czuć też alkohol, który przyjemnie smyra w gardło. Wysycenie nienaganne. Od początku podbija smak, pod koniec tylko odrobinę słabnie.

Wygląd butelki nie oszałamia, ale elegancji odmówić Chimayowi nie potrafię. Butelka 330 ml z wypukłym napisem "Abbaye de Scourmont". Na etykiecie proste wzornictwo. Skromne logo, biała czcionka na kremowym tle, minimalizm. Całość zrobiona ze smakiem, stylowo... odbierałem to tak, że to stonowanie zwiastuje jakieś głębsze doznania... i nie pomyliłem się! Z tyłu, na kontrze informacje w 3 językach, napisano jak przechowywać i do jakiego szkła lać, ale zabrakło informacji o ekstrakcie (wziąłem z polskiej Wikipedii). Całość domyka firmowy kapsel.

Chimay Triple to piwo, które autentycznie zachwyca smakiem i aromatem, a podejrzewam, że ludzie którzy lubią szampana będą czerpali z niego jeszcze więcej przyjemności. Nie jest to oczywiście piwo do picia, tylko do degustowania się. Swoją wytrawnością i aromatami oszałamia. Sam sączyłem swoje ponad godzinę, każdy łyk to była czysta przyjemność i smutno mi było je kończyć. Serio. Nie wyobrażam sobie, żeby wypić je gdzieś na chybcika. Gorąco polecam, bo Chimay Triple nie ma wad.

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

wtorek, 15 marca 2011

Satan Red

kraj: Belgia
browar: De Block
ekstrakt: 17,7%; alkohol: 8%; butelka 0,33 l
typ: jasne; rodzaj: ale; pasteryzowane
źródło: prezent

W końcu przyszedł czas na skonsumowanie piwa, które dostałem w prezencie gwiazdkowym od Merfi. Trochę sobie czekało na ten moment.

Po przelaniu Satan Red do szkła pierwsze co rzuca się w oczy to kolor. Bursztynowy o dużym zmętnieniu, z widocznym osadem, którego było całkiem sporo, widać go nawet przy nalewaniu. Piana w porządku. Niezbyt choja, ale złego słowa o niej powiedzieć nie mogę. Bielutka i drobnopęcherzykowa, na trochę ponad centymetr. Ładnie oblepia szkło. Trochę się zagapiłem i nie zdążyłem uwiecznić tego jaka była zaraz po nalaniu, ale to co widać na zdjęciu utrzymywało się praktycznie do samego końca. Zapach wyraźnie owocowy, kwaśny. Początkowo nie wydaje się przyjemny. Osobiście kojarzył mi się z... tanim winem, ale jak tylko napiłem się piwa, zaczyna on naprawdę współgrać i można myśleć o nim tylko pozytywnie. A sam smak? Przynajmniej dla mnie okazał się zaskakujący. Spodziewałem się słodkiego ulepka, a dostałem całkowite przeciwieństwo. Taka wypadkowa aromatycznej goryczki i owoców i co warto napisać z każdym łykiem Satan Red jest smaczniejszy. Wyczuć można delikatną owocową kwasowość (niestety nie jestem w stanie stwierdzić jakie to owoce, na pewno jakieś leśne) i przyprawy, które trochę szczypią w język. Do tego dochodzi goryczka, która stopniowo słabnie, ale uzupełnia kompozycję w sposób idealny. Co muszę wspomnieć... te 8% naprawdę czuć (w trakcie picia alkoholu nie daje o sobie znać). Może to kwestia tego, że ostatnio niewiele piwa piję, ale działanie tego belgijskiego ale odczułem wyraźnie.

Wygląd oceniam bardzo pozytywnie. Może to trochę kwestia tego, że nad moim biurkiem wisi korkowa pocztówka z bardzo podobnym, tyle że trochę bardziej rubasznym diabłem (którego po prostu bardzo lubię), ale Satan Red w jakiś sposób wpasowuje się w mój gust. Diabeł malowany, kpiarski, kolorystyka i stylistyka samego napisu trochę jak z opakowania gadżetu erotycznego, ale trudno się nie uśmiechnąć. Taka trochę piwna cepelia. Jest też dedykowany, żółto-czerwony kapsel. Na kontrze brak informacji o ekstrakcie, trzeba zajrzeć na stronę producenta.

W moim odczuciu Satan Red nie jest piwem wybitnym. Trochę mu brakuje. Jest na pewno bardzo oryginalny w smaku, ale "nie zmiótł" mnie tak jak opisane wcześniej: Gulden Draak czy Corsendonk Pater. Niemniej jednak to cholernie smaczne piwo. Każdy łyk to bogactwo aromatów. I zaręczam, będzie smakować nie tylko miłośnikom piw owocowych (ty raczej na pewno nie).
Bardzo przyjemny prezent.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Gulden Draak


kraj: Belgia
browar: Van Steenberge
ekstrakt: 23%; alkohol: 10,5%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; pasteryzowane
źródło: prezent

W końcu mogę pić piwo, także wracam do próbowania i tym samym regularnych wpisów. Na pierwszy "rzut" poszedł jeden z gwiazdkowych prezentów - belgijskie mocne ale Gulden Draak, z browaru Van Steenberge. Piwo swoją nazwę zawdzięcza złotej rzeźbie smoka, która znajduje się na dzwonnicy w Gandawie (a jej reprodukcja zdobi etykietę). To ale powaliło mnie swoim smakiem. To prawdopodobnie najsmaczniejsze ciemne piwo jakie w życiu piłem (a to dopiero drugie belgijskie piwo jakie piję). Nie przesadzam!

Skoro wspomniałem o etykiecie to zacznę od butelki. Na zdjęciu widać, że jest to jakiś nietypowy biały bączek, ale przy bliższym kontakcie przekonać się można, że to nie jakiegoś rodzaju kamionka, ale szklana, brązowa butelka obciągnięta jakiegoś rodzaju tworzywem. Zrobiono to naprawdę starannie i bez bliższych oględzin ciężko to zauważyć. Wygląda to ładnie i ciekawie, i jak rozumiem ma to zapobiec przedostawaniu się promieni UV. Etykieta wydaje się dosyć prosta, chociaż nie wygląda na ubogą. Czerń ze złotem i nazwa wypisana czerwoną czcionką - bez zbędnych udziwnień i dziesiątek pierdół, kontrastuje z bielą bączka, rzuca się od razu w oczy. Na kontrze za to chaos. Pięć języków, a informacji tyle co kot napłakał - ze składu jest tylko wymieniony słód jęczmienny, nie podano również ekstraktu (jest za to adres strony internetowej i tam można już przeczytać znacznie więcej). Kapsel czarny, ze złotą obwódką i identycznym co na etykiecie smokiem - całkiem ładny.

Gulden Draak raczej nie urzekł mnie swoja barwą. Po przelaniu do szkła (starałem się chociaż minimalnie dobrać kielich podobny do tego z zestawu) raczył mnie ciemno-bordowym kolorem, który pod światło wchodził trochę w rubin. Wydawał się trochę "brudny", może z racji tego, że nie był do końca przejrzysty. Ciężko mi jednak ocenić jego klarowność... na pewno nie był mętny. Nalałem z bardzo przyzwoitą czapą piany. Była gęstą, drobną, koloru ecru. Malała powoli. Zredukowała się do grubej obwódki i porządnego kożuszka i została taka bardzo długo. Osiadała trochę na ściankach i co ciekawe, po wypiciu zostało jej trochę na dnie kielicha.

Gulden Draak zaskoczył mnie bardzo na plus swoim zapachem i smakiem. Zgodnie z opisami spodziewałem się mocnego palenia i aromatów kawowych (a za kawą nie przepadam). Także gdy powąchałem piwo, nie mogłem się nie uśmiechnąć. To ale pachniało słodko i owocowo. I była to słodycz pochodzącą od słodu, z odległymi nutami palenia, ale przede wszystkim właśnie od tych owoców leśnych. Zapach był mocny, bardzo przyjemny i cholernie zachęcający, także nie czekałem i wziąłem porządnego łyka. Uderzył mnie bardzo złożony i pełny smak. Piwo było pyszne, a kubki smakowe atakował spora ilość różnych bodźców. Pierwsze co poczułem to lekką kwasowość owocową. Później doszło do tego, przebijające się powoli palenie. A nad tym wszystkim unosił się wytrawny smak alkoholu, ale żeby ktoś się nie przestraszył! Jest to niesamowicie przyjemne, aksamitne wręcz wrażenie. Czuć te 10,5% w każdym łyku, ale ani przez chwile ten alkohol nie drapie czy odrzuca. Ten Złoty Smok zostawia w ustach słodki posmak, który kojarzył mi się z czekoladą z nadzieniem z owoców leśnych. Po prostu fenomenalne wrażenie. Wysycenie nie jest za mocne.Utrzymuje się na jednakowym, stonowany poziomie. Próbowałem sobie wyobrazić większą ilość gazu, ale to co jest, jest idealne.


Niesamowicie smaczny prezent gwiazdkowy. Po prostu niebo w gębie! I chociaż nie spodziewałem się tego, to Gulden Draak przebił niesamowite doznania jakie zafundował mi w listopadzie Corsendonk Pater. Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę kosztować piwa z innego prezentu - zestawu Chimay Trilogy. Gorąco polecam to przepyszne ale! Autentycznie, nie wyobrażam sobie, żeby komuś nie zasmakowało. Na stronie browaru napisano, że można je przechowywać przez wiele lat i oficjalnie postanawiam: jak nadejdą finansowo lepsze czasy to kupię kilka butelek i będę trzymał na specjalną okazję. ;)

niedziela, 29 listopada 2009

Corsendonk Pater

kraj: Belgia
browar: Bocq
ekstrakt: 14,6%; alkohol: 7,5%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; pasteryzowane
źródło: prezent

Corsendonk Pater - Dubbel dostałem na 24. urodziny od Kamili. To moje pierwsze belgijskie ale, także nie będę ukrywał, spodziewałem się nieba w gębie. I to też dostałem.

Zacznę od historii. Corsendonk to nazwa starego klasztoru augustianów w Oud Turnhout założonego w 1395 r. i zamkniętego w 1784 r. w czasie Rewolucji Francuskiej. Receptury zakonników zostały wykorzystane w XIX w. przez browar Keersmaeker do produkcji piwa Pater. Dziś Corsendonk jest warzony przez browar, który zainteresowany jest licencją. Od 1982 r. korzysta z niej browar Bocq, zaś Brouwerij Corsendonk (którego nazwa widnieje na butelce i etykiecie) formalnie nie jest browarem, a jedynie posiadaczem licencji.

A teraz wrażenia z degustacji. Po nalaniu do pokala (czy kielicha, jak kto woli) Corsendonk Pater zaskoczył mnie swoją czarną barwą (spodziewałem się czegoś jaśniejszego, skoro piwo serwisy w oznaczają jako półciemne). Ta intensywna czerń, brana pod światło, zmieniała się w głęboką wiśnię z rubinowymi refleksami. Przepiękny, cieszący oczy kolor. Mimo, iż lałem do szkła, które w kształcie mocno różni się od tego oryginalnego, to i tak udało mi się uzyskać porządną pianę. Kremowa, gruba, opadała tworząc kożuch i spory pierścień na ściankach. Corsendonk urzekł mnie bogatym zapachem. Lekko słodkawy, można wyczuć w nim nuty palenia, kawy i wiśni. Smak ma złożony i powalający, chociaż wrażenia po pierwszym łyku ciut mylące. Piwo wydało mi się lekko kwaskowate z niewyraźnym paleniem w posmaku, ale z kolejnymi ujawniła się cała gama. Wyczułem jeżyny, delikatną goryczkę, czekoladę. Powtórzę się - powalająca kompozycja! Po wypiciu czułem w ustach smak palonego, lekko przydymionego słodu i... o dziwo, cytrusów. Mocne nagazowanie zmusza do delektowania się, a dzięki zawartości 7,5% alkoholu przyjemnie szumi w głowie.

Jeszcze akapit zachwytu nad opakowaniem. Jak dla mnie natrysk na butelce jest najbardziej eleganckim z możliwych sposobów jej ozdobienia. Tutaj nie dość że zrobiono to bardzo subtelnie to jeszcze logo daje znać o rodowodzie piwa. Całości dopełnia apaszka na szyjce, która zawiera wszystkie potrzebne informacje (chociaż wprowadzają człowieka w błąd i nie oznaczają, że piwo jest lane w browarze Bocq). Z polskich piw tylko Koźlak z Ambera może się poszczycić równie ładnie wyglądającą butelką.


Wielokrotnie pisałem o jakimś piwie, że jest "smaczne", o Corsendonk Pater - Dubbel mogę napisać w takim razie tylko, że jest przesmaczne. Serio. Doświadczenia z ale i dubbelkami mam małe, ale muszę to napisać... Corsendonk, we wszystkich swoich aspektach, zamiata tego Podwójnego Fratera, którego piłem we wakacje. W tej chwili nie przychodzi mi do głowy drugie tak bogate smakowo i zapachowo piwo. Tak jak napisałem we wstępie, po prostu niebo w gębie. Gorąco polecam.
Related Posts with Thumbnails