poniedziałek, 16 maja 2011

Pink Killer

kraj: Belgia
browar: Brasserie de Silly
ekstrakt: 11%; alkohol: 5%; z beczki 0,25 l
typ: jasne; rodzaj: specjalne / aromatyzowane, pszeniczne; niepasteryzowane,
źródło: Piwoteka Narodowa na 6 Sierpnia w Łódzi,
cena: 7 PLN

Wczoraj udaliśmy się do nowo otwartej Piwoteki Narodowej (o samym lokalu później). Liczyłem, że dostępne będzie menu z soboty (głownie chodziło mi o Atak Chmielu z Pinty), ale w niedzielę akurat tego zabrakło. W pierwszej kolejności wybraliśmy lanego, belgijskiego Pink Killera, który jest piwem owocowym robionym na bazie pszenicy. Fajnie wyszło, bo to 101 piwo opisane na Experiment Beer i nawiązuje trochę do pewnego klasycznego filmu Disneya.

Pink Killer jest pomarańczowe i mętne. To drugie dość ciężko stwierdzić, bo dedykowane szkło jest mrożone. Piana bielutka, bardzo gęsta, składa się z bardzo drobnych pęcherzyków. Po nalaniu na dwa centymetry. Redukuje się do cienkiego kożuszka, później do obwódki, osadza się też na szkle. Zapach przede wszystkim kwiatowy. Dodatkiem jest lekki aromat cytrusów. Raczej słodki. W smaku piwo jest lekko słodkie z dodatkiem kwasowej nuty. Wyczuwałem mandarynki i czerwonego grejpfruta. Piwo orzeźwiające i lekkie, ale trochę zbyt "perfumowane". Ja to odebrałem trochę jak kwiatowy smaczek, moja Kamila doszukiwała się tutaj czegoś chemicznego. Mnie to jednak nie przeszkadzało. Piwo idealnie ugasiło pragnienie, z każdym łykiem uwalniało swój aromat. Wysycenie dobre, przyjemnie szczypało w język. Jako, że nie mogę ocenić opakowania skupię się na szkle. Szklanka do Pink Killera nie przypadła mi do gustu. Mrożone szkło utrudnia dobre przyjrzenie się piwu. Sam kształt jest okej, mam nawet podobne szkło do maiselowego dampfbiera, ale szkło jest w tym wypadku jak dla mnie ciut za grube - preferuje jednak cieńsze. Logo za to bardzo sympatyczne - takie różowe połączenie Scooby Doo i Cujo.

Polecam obejrzeć materiał wideo, na którym możecie obejrzeć jak barman (jednocześnie właściciel) nalewał nam piwo. Widać jak prezentowało się w szklance. Mam nadzieję, że to nie ostatni filmik jaki będziecie mieli okazję tutaj obejrzeć (i jednocześnie zrekompensuje wam zdjęcie z uciętymi szklankami). Kilka słów podsumowania. Pink Killer to fajne i oryginalne (przynajmniej dla mnie) piwo smakowe. Dziwią mnie, więc bardzo słabe oceny w serwisach. Rzeczywiście mało tu typowego smaku piwa, ale można się tu doszukiwać śladów znanych z pszenicy czy witbiera. Moim zdaniem jest w porządku.


A teraz o Piwotece Narodowej, która działa dopiero od 10 dni.

Lokal znajduje się w Łodzi przy ulicy 6 Sierpnia. Kilkanaście metrów za sklepem Piwoteka patrząc od ulicy Piotrkowskiej. Składa się z dwóch sal i oddzielonej szklanymi drzwiami palarni (łącznie to jest ok. 120 m2). Wystrój i kolorystyka bardzo przypadły mi do gustu. Takie połączenie nowoczesności i tradycji. Sporo piwnych szyldów na ścianach. Sala w której siedzieliśmy była czarno - czerwona, ale kolory nie przytłaczały. Okna na ulicę zapewniały bardzo dużo światła. Druga sala jest w kolorze zielonym i złotym, w takich samych są obicia krzeseł. A teraz najważniejsze. Z kranu lanych było 8 piw: dwa belgijskie: Pink Killer i Delirium Tremens, czeski Primator Dark, Warnijskie (albo Warmiak), Lubuskie, Celtyckie, Pyszne i Wiśnia w piwie. Fajny wybór, chociaż mnie zabrakło jakiegoś pale ale albo bittera. Jako drugie wypiłem Lubuskie, moja Kamila zdecydowała się na Chimaya Tripple z butelki - tych jest około 50 do wyboru, sporo czeskich i belgijskich (żałuję że nie cyknąłem zdjęcia menu). Do tego oczywiście kawa, herbata i jakieś przekąski. Właściciel, który nas obsługiwał to bardzo sympatyczny człowiek. Porozmawialiśmy chwilę, zdradził, że niedługo może się pojawić w ofercie lany Porter Łódzki. W tygodniu mają dowieźć piwa z Pinty. Jak dla mnie Piwoteka Narodowa to świetne miejsce, jak na razie to najlepszy tego typu lokal w jakim byłem. Idealny aby napić się dobrego piwa w przyjemnej atmosferze, przy lekkiej muzyczce. Trzymam za niego kciuki i życzę sukcesów. Mam nadzieję, że dam radę zaglądać tam tak często, jak będę w Łodzi. Zachęcam do tego wszystkich znajomych z regionu. Warto.

sobota, 14 maja 2011

Chimay Blue

      SETNE PIWO NA EXPERIMENT BEER!
 
kraj: Belgia
browar: Abbaye Notre Dame de Scourmont
ekstrakt: 19,6%; alkohol: 9%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; niepasteryzowane
źródło: prezent

Dzisiaj blog obchodzi mały jubileusz. Opisałem do tej pory 99 piw, na to setne wybrałem coś specjalnego. Od pewnego czasu zbierałem się do niego (co zresztą zapowiadałem) i gdy doszło do mnie, że zbliżam się do setki, postanowiłem, że będzie odpowiedni moment na skosztowanie Chimay Blue - "jedną z ikon światowego piwowarstwa". Blue to mocny dubbel, który dojrzewa i refermentuje w butelkach. Początkowo był warzony jako piwo świąteczne, stąd też jego moc. Jednakże jego olbrzymi sukces spowodował, że został piwem całorocznym. Można go przechowywać nawet kilka lat. Z wiekiem staje się podobno coraz smaczniejszy. Ten który piłem jest z rocznika 2009, a na kontrze ma datę przydatności 2014. Chowałem go prawie półtora roku. To bardzo smaczne piwo, nie mogę sobie nawet wyobrazić jakie byłoby za te 3 lata.

Piwo po przelaniu do kielicha ma kolor brązowy i jest zupełne mętne. Piana niestety słabiutka. Średniopęcherzykowa, beżowa, opada bardzo szybko. Zostaje po niej cieniutka obwódka z wyspą koloru kremowego po środku. Szczerze mnie to zasmuciło, bo spodziewałem się gęstej piany jak w przypadku tripla. Cóż, nie można mieć wszystkiego. W zapachu przede wszystkim drożdże. Wyczuwalna jest też lekka kwiatowa słodycz (która z biegiem czasu się umacnia) i delikatne cytrusow orzeźwienie. Piwo jest gęste i treściwe. Wytrawne i lekko cierpkie w smaku z wyczuwalnym alkoholem i delikatną goryczką w posmaku. To nie wszystko! W Chimay Blue wyczułem również świeże orzechy włoskie - takie z których możemy jeszcze obrać gorzką skórkę. Niesamowite połączenie! Alkohol gra tu bardzo ważną rolę. Urzeka swoją wytrawnością i wyrazistością, porządnie uderza do głowy. Po tych 330ml zrobiło mi się naprawdę ciepło i miło. Wysycenie z początku porządne, ale z czasem coraz bardziej słabnie.

Opakowanie Blue nie różni się specjalnie od pozostałej dwójki, więc nie będę się rozpisywał (odsyłam do poprzednich wpisów). Jedyne różnice to: chabrowe tło etykiet i rocznik przy herbie Chimaya.

Chimay Blue robi bardzo duże wrażenie. Jest to piwo aromatyczne, mocne, a każdy jego łyk to autentyczna przyjemność. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby komuś nie smakować. Osobiście jednak bardziej przypadł mi do gustu Chimay Triple. Całą trójcę po prostu trzeba spróbować! Niesamowite piwa!

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

wtorek, 3 maja 2011

Magnus Żurawinowy

kraj: Polska
browar: Jagiełło
ekstrakt: 14,2%; alkohol: 6%;
butelka 0,33 l
typ: ciemne; rodzaj: specjalne / aromatyzowane; pasteryzowane
źródło: sklep koło kościoła Miłosierdzia Bożego,
cena: 2,70 PLN

Mamy ostatni dzień weekendu majowego. Za oknem śnieg i trzy kreski powyżej zera. Ale ja się zimna nie boję i zabrałem się po obiedzie do testowania kolejnego piwa. Dzisiaj znowu smakowe piwo z Browaru Jagiełło - Magnus Żurawinowy. Gdy zobaczyłem butelkę to byłem chyba równie zdziwiony co w przypadku Magnusa Śliwkowego. Różnica jest taka, że o ile śliwki węgierki znam i lubię, o tyle żurawiny na rodzinnym stole nigdy nie było. Jadłem chyba tylko raz, z panierowanym serem, a było to tak dawno, że pamiętam tylko słodycz tej konfitury. Także to piwo było dla mnie olbrzymią zagadką i nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie kupić.

Kolor to bardzo ciemny brąz, pod światło głębokie bordo. Klarowne. Piana na początku bardzo obfita. Drobna, gęsta, oblepiająca szkło. Niestety z bardzo dużymi skłonnościami do powstawania dziur i szybkiego opadania. Zapadała się i zredukowała w niecałe 2 minuty do obręczy i wyspy. Zapach słodko-kwaśny, owocowy, lekko drażniący, ale przyjemny. Niestety, żadnych piwnych zapachów nie udało mi się wyczuć. W smaku od pierwszego łyka ten Magnus jest zadziwiająco smaczny. Brakowało trochę aromatów typowo piwnych, nie czuć słodu, palenia i goryczki. Piwo jest przede wszystkim słodkie, ale ta słodycz jest wyraźnie owocowa. Do tego czułem coś co kojarzyło mi się ze smakiem borówki - też  tak lekko kwaśny, lekko mdły smaczek po każdym łyku. Dzięki temu nie można się przesłodzić. Wysycenie w porządku, nawet poszczypało w język. Pod koniec mi się trochę nudziło, ale ogólnie jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym połączeniem.
Wygląd etykiety oceniam tak samo źle jak w odsłonie czekoladowej i śliwkowej. Aczkolwiek tutaj zdjęcie owoców i kolory są jakby lepsze. Jeżeli te piwa zadomowią się na rynku, to sądzę że browar powinien rozważyć poprawę szaty graficznej. No i oczywiście stały punkt programu, nie mogłoby być inaczej. Jak zawsze dostałem niemożliwie upieprzoną butelkę (+ krzywo poprzylepiane etykiety).

Podsumowując... jak na razie Magnus Żurawinowy wydaje mi się najlepszy z tych wariacji smakowych jakie zafundował nam Browar Jagiełło. Tutaj słodycz bazy łamana jest w bardzo fajny sposób tą żurawiną. Amatorom piw smakowych jak najbardziej polecam.

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

sobota, 30 kwietnia 2011

Chimay Red

kraj: Belgia
browar: Abbaye Notre Dame de Scourmont
ekstrakt: 15,5%; alkohol: 7%; butelka 0,33 l
typ: półciemne; rodzaj: ale; niepasteryzowane
źródło: prezent
To "wkrótce" trochę trwało. W końcu zabieram się za kolejne piwo z gwiazdkowo-prezentowego zestawu Chimay Trilogy. Na początku kwietnia opisałem już Chimay Triple, dzisiaj kolej na Chimay Red, a na niebieskiego musicie jeszcze trochę poczekać (mam nadzieję, że tylko do przyszłego tygodnia).

Red (lub jeżeli ktoś woli, Rouge) to piwo typu dubbel i w tej chwili jest to najstarsze piwo z portfolio Chimay. Jest to niepasteryzowane piwo górnej fermentacji, które dofermentuje w butelce.

W porównaniu z Triple to prezencję ma niestety słabą. Kolor kompotu z suszu, pod światło jest to barwa  brudnej pomarańczy. Piwo jest całkowicie mętne. Piana bardzo słaba, opadła tak szybko, że nie zdążyłem jej uwiecznić. Średnio ziarnista, lekko beżowa. Ostała się jako cieniutki kożuch; bura obwódka i wypukła wyspa po środku (z powodu wyrytego herbu na dnie kielicha). Różni się to bardzo od tego co można zobaczyć na reklamowych zdjęciach, ale wystarczy poczytać recenzje w sieci, żeby nie czuć się osamotnionym. Zapach Red ma bogaty. Lekko słodki, owocowy. Troszkę podobny jak w piwach pszenicznych. Da się wyczuć również drożdże. Wyborne połączenie. Smak również złożony. Lekko cierpki, z wyczuwalnymi aromatami owocowymi i małą goryczką. Ta lekko kwaskowata owocowość kojarzy mi się ze śliwkami lub brzoskwiniami. Kompozycję uzupełnia bardzo delikatnie smak alkoholu, co czyni całość bardziej pełną. Wysycenie jest wysokie, bąbelki szczypią w usta. Piwo jest treściwe, ale również i orzeźwiające. Nie jest ciężkie, pije się je z wielką przyjemnością.

Butelka utrzymana w takim samym stylu co Chimay Triple - elegancki minimalizm. Z tym, że kolor kremowy zastąpiono bordo, również na kapslu. Nie ma co ukrywać, ten bordowy wygląda gorzej, ale złego słowa nie mogę powiedzieć.

Red to bardzo smaczne piwo, ale dubbel nie oszałamia tak jak tripel. Może to zabrzmi durnie, bo posłużę się takim górnolotnym stwierdzeniem, ale pijąc, degustując... nie czułem uniesienia, a spodziewałem się czegoś takiego. Po prostu bardzo dobre piwo, ale gdybym miał kiedyś coś świętować i kupić butelkę 0,75l to wybrałbym jednak Chimay Triple. Polecam. Spróbujcie.
Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

wtorek, 26 kwietnia 2011

Piwo na miodzie gryczanym

kraj: Polska
browar: Jabłonowo
ekstrakt: nie podano; alkohol: 5,2%;
butelka 0,5 l
typ: półciemne; rodzaj: specjalne / aromatyzowane, miodowe; pasteryzowane
źródło: hipermarket Intermarché,
cena: około 4,50 PLN
O tym że Browar Jabłonowo powoli zmienia swoją politykę i uzupełnia portfolio "mózgotrzepów" o nowe pozycje już sporo osób pisało. Tak się stało, że ich nowy Belfast jest na ten moment chyba moim ulubionym ciemniakiem (muszę je koniecznie opisać). Postanowiłem więc sięgnąć jeszcze po jakąś ich inną nowość. Padło na Piwo na miodzie gryczanym. Nie jestem entuzjastą miodu i tym samym piw miodowych, kilka miałem okazję wypić i jakoś żadne mnie do tej pory nie powaliło. Jak będzie tym razem?

Kolor ciemnobursztynowy, piwo lekko mętne... wydaje się na pierwszy rzut oka lekko brudne, ale... Pod światło dostaje ciemnoczerwonych refleksów i aż przyjemnie popatrzeć. Piana zaraz po nalaniu była na trochę ponad palec, drobno i średnio pęcherzykowa z małymi dziurami, kolor beżowo, kremowy. Redukuje się szybko, w czasie około minuty pozostała po niej obrączka i trochę kry. Piwo na miodzie, więc i pachnie miodem. Jest to raczej słodki zapach, ale miodowy ogon skrywa coś jeszcze. Lekka kwasowość mineralna i zapach kwiatów? Coś w ten deseń. Brak woni typowo piwnych. Jak można się spodziewać, jest oleiste, gęste, ale nie lepkie. Pierwszy łyk słodki i ma się wrażenie, że miód dominuje tutaj całkowicie, ale już przy następnym czuć, że tak nie jest. Słodycz nie jest intensywna. Nie znam się na miodach, ale różnicę między tym, a innymi piwami miodowymi czuć. Nie jest to tylko marketingowy slogan. Jest lekka gorycz, która dobrze łamie słodyczy. Czuć miód, ale odnosiłem wrażenie, że piwo jest lekkie, jest też ta kwasowość mineralna. Zaskakująco dobre wysycenie, bardzo korzystnie wpływa na konsumpcje i do tego utrzymuje się naprawdę długo.

Etykieta również zaskakująca, bo mamy totalny minimalizm, którego trudno szukać wśród polskich piw. Po pierwsze tło koloru czerpanego papieru, ale nie z zestawu powerpointa. Do tego czcionka pisana (w stylu ucznia podstawówki) i tylko malutki słoiczek miodu pośrodku. Na kontrze podobnie. Brakuje informacji o ekstrakcie, ale mamy wymieniony skład i dwa logo: "Browar regionalny" oraz "Made in Nature". I myślę, że w tym ostatnim trzeba się doszukiwać przyczyny wyglądu. Mam wrażenie, że całość zrobiona jest nie tyle pod produkt regionalny, co pod naturalny czy organiczny. I to wyszło. Początkowo gdy widziałem butelkę na zdjęciu u Radara, to nie byłem przekonany, ale gdy wziąłem ją do ręki w hipermarkecie to mnie absolutnie kupiła. Na żywo prezentuje się o wiele lepiej! Widzę to i wierzę, że to piwo naturalne. Na szyjce prosta etykieta z małym logo browaru jakby to podkreśla.

Piwo na miodzie gryczanym to jak dla mnie ewenement polskiego rynku w tym segmencie. Nie czuć chemicznymi domieszkami, nie wykręca od przesadnej słodyczy. Piwo ma głębie. Jabłonowo wybrało swoją drogę i bardzo dobrze na tym wyszli. Nie przepadam za piwami miodowymi, ale za tym piwem już tak. Czuję, że będę po nie sięgać nie jeden raz.

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:

niedziela, 17 kwietnia 2011

Lwówek Ratuszowy

kraj: Polska
browar: Lwówek
ekstrakt: 13,8%; alkohol: 6,2%;
butelka 0,5 l
typ: jasne; rodzaj: lager; niepasteryzowane
źródło: sklep koło kościoła Miłosierdzia Bożego,
cena: 3,70 PLN

Z piwem z browaru w Lwówku Śląskim mam kontakt od jakiegoś czasu, ale nie było okazji albo zabrakło mi chęci na spisanie wrażeń z konsumpcji. Teraz się rehabilituję za sprawą "nowości" jaką jest Lwówek Ratuszowy. Piszę "nowość", bo jak wieść głosi, jest to dawny Lwówek Piastowski, którego zmianę nazwy wymusił Carlsberg, właściciel Browarów Piastowskich.

Piwo jest klarowne, ma szczerozłoty kolor, ale moim zdaniem jest on za słaby jak na taki ekstrakt. Piana na dwa palce. Jest gęsta, biała, składała się z drobnych pęcherzyków. W czasie około 5 minut opadła do cienkiego kożucha, oblepiała ścianki. Zanik postępował do cienkiej obwódki. Zapach słodowo-chmielowy z mocniejszymi akcentami chmielu. W smaku jakoś bez rewelacji. Jest słodowe, mocno kwaśne z lekkimi aromatami chlebowymi. Z początku stwierdziłem praktyczny brak goryczki, pod koniec jednak daje o sobie trochę znać. Mam wrażenie, że piwo jest zbyt mocno wysycone i to w jakiś sposób wpływa na ten kwaśny smak. Gdy piwo kończyłem, osłabła ona na tyle, że właśnie mogłem się lepiej poczuć w ten chlebowy posmak.

Kilka zdań na temat wyglądu. Mamy do czynienia tylko z etykietą przednią i tą na szyjce. Browar Lwówek nie daje kontry. Na etykiecie udało się zmieścić kod kreskowy, informacje o producencie i sposobie przechowywania, kalendarium. Na krawatce jest informacja, że mam do czynienia z piwem jasnym, nieutrwalanym (rozumiem, że chodzi o odróżnienie od koncernowych niepasterów), podano zawartość alkoholu i ekstraktu. Sporo, ale jest  to czytelne. Typografię uważam za chybioną. O ile napis "Lwówek" uważam za fantastyczny (świetnie zaprojektowane, zapadające w pamięć czcionki), o tyle dopisek "ratuszowy" jest fatalny. Według mnie czcionka jest bardzo źle dobrana. Nie pasują do siebie zupełnie. Cała reszta jest jak najbardziej okej. Doskonałe wykorzystanie ryciny ratusza, bardzo fajna kolorystyka (kremowo-cytrynowe tło, czerwień i dodatki: czerń, biel i zieleń). Bardzo fajnie się to komponuje. Kapsel, taki jak u Ciechana: "W jedności siła. Piwa regionów". Wiem, że ma on wielu przeciwników, ale mnie on absolutnie nie przeszkadza. Jest jeszcze jedna rzecz, która bodzie internautów, a która mnie osobiście odpowiada. Chodzi mi mianowicie o lwa z tarczą herbową i inicjałami M.J. na dwukolorowym polu. Oczywiście chodzi o Marka Jakubiaka, który jest właścicielem Browaru Lwówek i Ciechan. I ja uważam że to zabieg jak najbardziej okej.

Lwówek Ratuszowy nie powalił. W moim odczuciu średnie piwo. Męczył mnie trochę tym kwaśnym smakiem, brakowało mi goryczki. Nie mam też specjalnie czego chwalić, ani czegoś co obrzydziłoby mi to piwo. Przeciętniak. I cena trochę zniechęca. W takim przedziale można kupić smaczniejszego mocnego lagera. Lwówek Śląski, którego z pewnością kiedyś opiszę, jest zdecydowanie smaczniejszy.

piątek, 15 kwietnia 2011

Magnus Śliwkowy

kraj: Polska
browar: Jagiełło
ekstrakt: 14,2%; alkohol: 6%;
butelka 0,33 l
typ: ciemne; rodzaj: specjalne / aromatyzowane; pasteryzowane
źródło: sklep koło kościoła Miłosierdzia Bożego,
cena: 2,70 PLN 

Jak zapowiedziałem, tak też robię. Kolejne piwo z Browaru Jagiełło. Po niezłym Magnusie Czekoladowym, którego opisałem na początku tygodnia, przyszedł czas na Magnusa Śliwkowego, który zawiera ekstrakt z suszonych śliwek.

Kolor piwa to bardzo ciemne bordo wpadające w ciemny brąz, pod światło za to już ładny, szlachetny bordowy. Piana przy laniu taka bura, jak w coli. Zniknęła praktycznie w ciągu kilku sekund. Zapach jest słodki, nawet przychodzi mi na myśl żeby napisać lepki. Pierwszy i jedyny plan to zapach suszonych śliwek węgierek. Jak zapaszkiem, który czuć po otworzeniu słoja z suszonymi śliwkami właśnie. Nie potrafiłem się przebić przez niego i wyczuć coś więcej. Piwo jest gęste, oleiste, a że jest wybitnie słodkie to ciśnie się na usta słowo ulepek! Prym wiedzie dojrzała, słodka śliwka węgierka. Słodycz początkowo nie dominuje aż tak bardzo i miałem wrażenie, że da się wyczuć lekkie nuty alkoholowe, które lekko drapały w gardło. I to było przyjemne. Później jednak Magnus Śliwkowy zrobił się tak słodki, że aż mdły. Nie udało mi się wyczuć żadnych typowych smaków piwnych. Pięć słodów Magnusa tutaj zostaje całkowicie zdominowane przez ten ekstrakt śliwkowy. Wysycenie średnie i spada. Końcówka to brak bąbelków.

W przypadku opakowania mogę powtórzyć zarzuty, które podniosłem w stosunku do Magnusa Czekoladowego. Bylejakość, nuda, uboga kontra i upieprzona klejem butelka. Ze względu na kolorystykę i lepsze (chociaż nadal nie jest dobre) obrobienie zdjęcia na etykiecie oceniam całość minimalnie lepiej. Tym razem mamy też do czynienia z klasycznym bączkiem, a nie smukłą butelką, z tym że to mi jest obojętne, bo obie są zwrotne.

Magnus Śliwkowy gdzieś tak do połowy mi smakował. Piłem zaciekawiony i nawet myślałem, że ostatecznie napiszę, że jest smaczniejszy od tego czekoladowego. Zapowiadał autentycznie coś ponad nieznośną słodycz, która ostatecznie jednak zdominowała to piwo. Końcówkę męczyłem. Niemniej jednak jest to ciekawe doznanie. O takim połączeniu nie słyszałem i nie sądziłem nawet, że jest wypijalne, a okazuje się, że jest. Podsumowując... to nie moja bajka. Ludziom, którzy lubią słodkie, smakowe piwa powinien przypaść do gustu.

Przeczytaj opinię o innym piwie z tego browaru:
Related Posts with Thumbnails